10.09.2011: Turek

Działacze Tura Turek do organizowanego przez nas wyjazdu podeszli najbardziej restrykcyjnie spośród klubów, z którymi do tej pory w tej lidze mieliśmy styczność. Przez formalności udało się jednak przebrnąć i w dniu meczu obyło się bez problemów.

Z Głogowa wyruszyliśmy dwoma autokarami w sile 88 osób. Przyzwyczailiśmy się, że zazwyczaj spokojnie zajeżdżaliśmy nimi pod stadion. Tym razem jednak na kilka kilometrów przed Turkiem zatrzymały nas oddziały prewencji oraz AT, co dawno nie miało miejsca. Powiedzmy, że przeszukiwanie wnętrza autokarów było w miarę sprawne, więc na mecz dotarliśmy nawet z niewielkim, 10-minutowym zapasem.

Na obiekt wpuszczano pojedynczo, ale też bez jakiś wielkich komplikacji, więc chyba nie było osoby, która nie przeszłaby przez kołowrotek do 10 minuty meczu.

Mieliśmy swój sektor, ale nie wszyscy weszli do środka. Poza nim zawisły dwie z naszych flag. Łącznie mieliśmy ich trzy. Warto jednak przynajmniej na chwilę zatrzymać się na samym sektorze, w którym to na betonie wymalowano numery. 45, 50, 51, 52… i tak dalej. Mniejsza z tym, że siedzisk tam nie było. Ważne, że wymogi licencyjne spełnione 😉

Wyjazd miał należeć do folkorowych i takim był. Część zabrała się za obiad. Tym razem, oprócz tradycyjnej kiełby, serwowano także kaszankę. Zdania co do jakości wśród stałych degustatorów były podzielone. Inna część czas urozmaicała sobie wygłupami, użytek czyniąc nawet z meczowej piłki, którą rozegrano partyjkę. W tym wszystkim nie zabrakło poświęcenia uwagi dopingowi. Jak już zarzucono którąś z przyśpiewek, to przeważnie wychodziła bardzo poprawnie.

Miejscowa publika to w zdecydowanej większości starsze osoby. Sporadyczna ilość całych rodzin, młodzieży i płci pięknej, choć wcale nie tak trudno można było wypatrzyć kogoś z zielono-żółto-czarnym szalem czy koszulką. Jedyną formą ożywienia było klaskanie przy egzekwowaniu przez miejscową drużynę rzutów rożnych.

Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, a biorąc pod uwagę boiskowe poczynania, to bardziej straciliśmy dwa, aniżeli zyskaliśmy jeden punkt. Po dobrym początku coś nam ta drużyna nieco przygasła, ale po końcowym gwizdku słyszy „wiadomco” z wynikami.

Szybko zawijamy się też w drogę powrotną. Wcześniej kierowcy zostali poinformowani przez policję, że na ich terenie nie ma zatrzymywania się na stacjach benzynowych. A jeśli już autokary staną, to wyjście z nich i tak zostanie zablokowane. Mając takie wiadomości w garści, wyczekano na odpowiedni moment i w jednej z mniejszych miejscowości błyskawicznie zaatakowano. Wyobraźcie sobie wyrazy twarzy sprzedawców wypatrzonego sklepu na widok grupy w pośpiechu nacierających i bliżej im nieznanych osób. Ale ostrzegamy: to trudne.
Mundurowi zdezorientowani. Przecież nie tak miało być. Hamulce, sygnały, pośpieszne zakładanie uzbrojenia i latanie w prawie i lewo. Narobili tylko zamętu, bo zaraz potem zebrała się liczna widownia z pobliskich bloków, jednak chcąc nie chcąc musieli już cierpliwie czekać.

Do Głogowa wróciliśmy jeszcze przed godz. 22. Wszyscy rozeszli się na walkę Adamka, choć większość w sumie i tak spotkała się w jednym miejscu. Jaka walka naszego rodaka, taki i nasz wyjazd: bez niespodzianek, czyli bez historii. Był, nie ma.

Co do naszej „88” w Turku, to niektórzy już się śmieją, że zakaz mamy bardziej niż pewny 😉