29.10.2011: Bytów

Na wyjazd do Bytowa nie było szczególnie zakrojonej organizacji i mobilizacji. Na miejscu zbiórki stawiło się 40 osób i tyle też podążyło na jedną z najdalszych wypraw w sezonie. Mało? Średnio? Dużo? Ocenę pozostawimy każdemu z osobna.

Zebraliśmy się w momencie, gdy większość przewracała się w swoim łóżku z boku na bok. Zanim podjechał zamówiony przez nas autobus, wcześniej zrobiła to głogowska policja. Okazało się, że odległość do Bytowa zamierzaliśmy pokonać nie tylko my, ale także miejscowa kryminalna. Ta od początku do końca nie opuszczała nas na krok.

Podróż ciągnęła się niemiłosiernie, więc czas urozmaicano sobie żartami. To standard, ale w sobotę humory jakoś szczególnie niektórym dopisywały.

Na ponad 20 minut przed meczem zajechaliśmy pod stadion Bytovii. Sam obiekt wydaje się być jednym z gorszych w całej lidze. Niskie, w niektórych miejscach tylko kilkurzędowe trybuny, zadaszenie jakby na odczepnego i można tak wymieniać. Natomiast gdyby do sektora gości miało wejść trzystu chłopa, to niewiele by z niego zostało.

Na plus zachowanie działaczy klubu. Z pewnej przyczyny do Bytowa nie dotarła nasza lista imienna. Mimo tego nie robiono nam problemów. Jak szybko wyszliśmy z autobusu, tak samo szybko weszliśmy do środka sektora. To było w sumie jedno z najszybszych wejść na obiekt rywala, jakich doświadczyliśmy w ostatnich latach. Nie wszyscy jednak przekroczyli próg. Poza stadionem został zakazowicz i jeszcze kilka osób z powodu braku dokumentów.

Wywiesiliśmy flagę, zamówiliśmy 20 giętych 😉 i ruszyliśmy z dopingiem. Sprawniej jednak szło konsumowanie pierwszego, aniżeli wykonywanie drugiego. Sobotni „młynowy” dwoił się i troił, ale jego ambicji sięgającej nieustannym, niemal bez przerw na wytchnienie zarzucanym przyśpiewkom cała reszta nie sprostała.

Nie dziwił więc późniejszy telefon od jednego z przedstawicieli drużyny.
– Panowie, dzieci głośniejsze od was – powiedział pół żartem, pół serio. Kilkudziesięcioosobowy, młody młynek miejscowych rzeczywiście poważnie nastawił się na pojedynek. Świadczyło o tym wokalne wsparcie od początku do końca, a nawet skromna oprawa z wykorzystaniem sektorówki.

Jakieś specjalnie duże siły policyjne nam nie towarzyszyły, jednak kamera i aparat wymierzony w towarzystwo od początku do końca – obowiązek.
– Powiedzcie chociaż, czy już dobiłem do pięciu tysięcy, czy nie, bo nie wiem czy dalej mam grać – dłuższą konwersację z operatorami urządził sobie K.

Piłkarze Chrobrego niby trochę przyzwyczaili do wygrywania, ale jednak za każdym razem to fajna sprawa. Po strzelonej na 1:3 bramce bliżej nas podbiegł Przemysław Stasiak. Do niego z kolei Maciej Soboń, który wybiegł z budynku, do którego musiał się udać po czerwonej kartce. Wszyscy pod sam sektor podbili na sam koniec. Wspólne śpiewy, przybijanie „piątek”, po czym zawinęliśmy się w drogę powrotną.

Do Głogowa jedziemy z mniejszą bądź większą eskortą. Podróż we w tę ciągnie się jeszcze bardziej, bo, zaokrąglając, zaliczaliśmy niemal każdy lepszy zajazd. Ponadto bliżej miasta drobna awaria autokaru okazuje się być poważniejszą, więc mocno ponad pół godziny bezczynnie czekaliśmy. W Głogowie zameldowaliśmy się po północy.