Górnik na kolanach, Chrobry wraca do gry!

Co niektórzy bywalcy głogowskiego stadionu powoli tracili cierpliwość do Konrada Węglarza. Czarę goryczy przelało spotkanie z Orłem Ząbkowice, choć wygrane 4:0, to z zaprzepaszczonymi przez napastnika Chrobrego niemal 100-procentowymi sytuacjami. Ten jednak w dotychczas najważniejszym pojedynku przynajmniej na moment zamknął usta krytykantom. Dzięki jego bramce pomarańczowo-czarni wracają do gry o drugą ligę. Szkoda tylko, że zwycięstwo w Wałbrzychu zostało okupione kolejną kontuzją. W końcówce boisko musiał opuścić Kamil Szczęśniak. Póki co nie wiadomo jak groźny jest i na ile wykluczy go odniesiony uraz kolana.

Głogowianie do bramki wałbrzyszan trafili jeszcze w pierwszej części. Uczynił to Krystian Kowalski, ale euforia piłkarzy i kibiców Chrobrego trwała krótko, bo sędzia gola nie uznał, odgwizdując pozycję spaloną u gracza MZKS-u. W pierwszej połowie mecz był zacięty, ale jednak lepsze wrażenie pozostawili po sobie przyjezdni. I podkreślili to zaraz po rozpoczęciu drugiej odsłony. Na boisku leżał jeden z naszych piłkarzy, ale podopieczni Janusza Kubota kontynuowali akcję. Właściwie to tylko znajdujący się dobre kilkanaście metrów dalej od poszkodowanego Konrad Węglarz. Napastnik Chrobrego zbiegł w pole karne, zakręcił obrońcą Górnika i z ostrzejszego kąta przymierzył na dalszy słupek, od którego futbolówka jeszcze się odbiła, zanim zatrzepotała w siatce. Ten sam zawodnik mógł podwyższyć jeszcze na 2:0, ale tym razem przegrał pojedynek 1 na 1 z Jaroszewskim. Gospodarze za odrabianie strat na poważnie wzięli się na kilkanaście minut przed końcem. Długimi momentami było gorąco. Głogowianie ograniczali się już tylko do obrony wyniku, a próby skontrowania były szybko tłumione. Z kolei piłkarze Górnika mieli kilka stałych fragmentów gry w postaci kornerów i rzutów wolnych, jednak najczęściej na strachu się kończyło. W bramce bardzo pewnie zachowywał się Łukasz Zaremba. W jednej z sytuacji niezwykle cenny okazał się jego wzrost, gdyż piłka spadała mu za kołnierz, tuż pod poprzeczkę. Głogowski golkiper w ostatniej chwili wyrzucił ją poza linię końcową. A nawet jeśli nie on, to ratował nas słupek. Tak było w 80. minucie po uderzeniu z ostrzejszego kąta Adriana Moszyka. Sędzia przedłużył mecz o 5 minut, ale wówczas pomarańczowo-czarni już spokojniej i dłużej rozgrywali piłkę, w efekcie dowożąc niezwykle cenne trzy punkty do końca. Tym samym pierwsza porażka w sezonie beniaminka stała się faktem, a Chrobry nadal poważnie liczy się w walce o ostateczny prym.

Równie dla nas okazała była strona kibicowska tej rywalizacji. Nie bez powodów eskapadę do Wałbrzycha nazywano wyjazdem pokoleń. Na miejscu zbiórki stawili się niemal wszyscy. Starzy, młodzi, już nie angażujący się kibice i ci dopiero zaczynający swoją przygodę. Liczba przerosła najśmielsze oczekiwania, przez co pojawiły się drobne problemy. Zamówiono tylko 5 autobusów, do których przecież ciężko upchać 360 osób. Ostatecznie wykombinowano trochę aut i z małym poślizgiem wyruszyliśmy w stronę Wałbrzycha. Na sam mecz spóźniamy się kilka minut, ale to i tak dobrze. Przecież nie rzadko zdarza się trafić w okolicach przerwy. Tu przypomina się pewien hit pod tym względem. Swego czasu do Zabrza na Walkę dotarliśmy z początkiem przerwy w meczu, a już w jakieś kilka, kilkanaście minut po niej trzeba było zawijać się na pociąg. Fanatyzm 🙂
Górnika w młynie sporo. Sami wyceniają się na ok. 1300 osób. Razem z nimi Slavia Praga (14), Gwardia Koszalin (9), Zawisza Bydgoszcz (5), Arka Gdynia (6) i GKS Tychy. Czesi wychodzą w przerwie, aby zdążyć na swój mecz. Liczba wałbrzyszan więc imponująca. Z dopingiem różnie, ale na ogół biło od niego werwą. Fani KSG nadrabiali jednak tylko liczbą i śpiewami. Nie zagłębiali się zbytnio w scenerię ULTRAS, bo skromna ilość pirotechniki czy jedna sektorówka wrażenia zrobić nie mogły. Możliwe, że przyczyną tego jest brak możliwości na rozwinięcie skrzydeł w tym aspekcie we wcześniejszych, powiązanych z IV ligą latach.
U nas doping przyzwoity, ale chyba jednak nieadekwatny do liczby. Z kilku opraw z różnych powodów, m.in. tego, że nie wszystko mogliśmy wnieść na sektor, rezygnujemy, ale przynajmniej udaje zaprezentować się tę z wykorzystaniem flag na kijach i ogni wrocławskich.
Sam obustronny repertuar znacznie zaostrzył się w końcówce, ale i na tym się skończyło. Jeszcze po meczu kibice Górnika troszeczkę sprawdzają kondycję fizyczną ochrony, lecz we wszystko szybko wmieszał się wiadomo kto. Sytuacja uspokoiła się, stadion opustoszał, co zajęło niemal pełną godzinę i dopiero wtedy ruszamy w stronę Głogowa.
Być może nie był to mecz, który na dłużej zapisze się w kartach historii polskiej sceny kibicowskiej, ale cała jego atmosfera i otoczka rozsiewana na długo przed faktem były warte przeżycia tego widowiska. Bo właśnie takie mecze nadają sens temu, co przez lata robimy. Pozostaje czekać na jego drugą część, już w Głogowie, na nowym stadionie. Z pewnością nie mniej klimatyczną.