Janusz Kubot: mam młode i gorące serce, kto za mną nie nadąży, musi odpaść

Nie tylko trudna sytuacja kadrowa, na co składały się kontuzje i później kartki, była problemem Chrobrego w rundzie jesiennej. Wielokrotnie słyszeliśmy o trudnej mentalności głogowskich piłkarzy.
– Wydaje mi się, że zawodnicy nie czuli potrzeby awansu. Na samym początku doszło do wielkiego zgrzytu. Że za dużo trenujemy, że za duże obciążenia, że trener wymaga… – opowiada trener MZKS-u Janusz Kubot.
Zapewnia jednak, że pożar został ugaszony i walka nie dobiegła końca. Dopiero się zaczyna.
– Nie jesteśmy na straconej pozycji. Wręcz przeciwnie. Udowodniliśmy już, że osiem punktów straty do lidera potrafimy odrobić w przeciągu pięciu meczów. Teraz mamy ich piętnaście – dodaje 50-letni Janusz Kubot, który w Chrobrym pracuje od czerwca. Uchodzi za postać bardzo charakterną. Nawet jeśli ktoś uważa, że troszeczkę kontrowersyjną, to od razu przy tym zaznacza: profesjonalista.

Czy 4. miejsce i 8 punktów straty do lidera to osiągnięcie adekwatne do trudnej sytuacji kadrowej czy rezultat poniżej oczekiwań?
– Liczyłem na to, że strata będzie mniejsza. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że będzie ciężko. I było, bo sytuacja kadrowa skomplikowała się jeszcze na samym początku, gdy przez kontuzje wypadli Kamil Szczęśniak i Łukasz Filipiak. To były ważne ogniwa, które napędzały ten zespół. Szczególnie trudno było zastąpić kapitalnie grającego w środkowej strefie Kamila. W ciągu niecałych pięciu spotkań zdobył przecież dwie bramki i dwukrotnie asystował przy innych golach. Doszły do tego jeszcze zawirowania wewnątrz drużyny. Efekt był taki, że już w pierwszych pięciu meczach straciliśmy osiem punktów. Sytuacja unormowała się przy przyjściu Łukasza Zaremby i w ciągu kolejnych pięciu meczów wszystko odrobiliśmy. Wydawało się, że jesteśmy już na dobrej drodze. Aż przyszedł mecz w Strzelcach Krajeńskich. Tam spotkała nas największa wpadka. Dlaczego tak się stało? Wypadli nam kolejni gracze. Tu Krzychu Kotlarski, który wespół z Piotrem Błauciakiem tworzyli zgraną parę strzelającą nam gole przy stałych fragmentach, i Igor Bikanov. W pojedynku z Łucznikiem stworzyliśmy sobie bardzo dużo sytuacji, których nie wykorzystaliśmy, sami tracąc przypadkowego gola, bo piłka po wybiciu Mateusza Hałambca odbiła się od zawodnika gospodarzy i niefortunnie trafiła do autora bramki. Zabrakło nam atutów na ławce rezerwowych, która była tworzona przez dwie osoby, brakowało napastników, takiego Bikanova z jego wzrostem choćby po to, aby pograć na aferę. Kontuzje bardzo pokrzyżowały nam plany. Druga sprawa, że okres przed sezonem to pozyskiwanie zawodników ze swojego rodzaju łapanki, w dodatku nieprzygotowanych, jak Paweł Woźniak, który miał problemy z dojściem do formy i łapał urazy, czy Jarosław Mikutel, który dołączył do nas w ostatniej chwili, miał fatalny początek, dochodził do siebie i dopiero w końcówce bardzo nam pomógł. Finanse nie pozwalały jednak na wiele. Mamy wspaniałe obiekty, świetną bazę treningową, na bardzo wysokim poziomie są kibice ze swoją liczebnością, bo jeżdżą za nami, wspierają nas, udowadniając, że tworzą wielki majątek tego klubu, natomiast w przypadku kwestii finansowej czołówki już nie tworzymy. O wiele lepszym budżetem dysponuje Ilanka Rzepin, a chyba nie gorszym Górnik Wałbrzych i Polonia Świdnica. Należało więc oszczędzać, dlatego było nas mało, a przecież Paweł Woźniak zgodził się na grę za darmo, Jarosław Mikutel to samo. Obraz jest skromny, ale takie są możliwości. Jeśli mamy wysokie aspiracje, to tych piłkarzy musi być więcej, bo generalnie w końcówce decyduje ławka rezerwowych. A u nas na tej siedziała praktycznie sama młodzież, w pewnych momentach musieliśmy korzystać nawet z piłkarza rezerw. Co prawda Marek Gródecki też nam pomógł, ale funkcjonował na innym poziomie. Nie jesteśmy jednak na straconej pozycji. Wręcz przeciwnie. Udowodniliśmy już, że osiem punktów straty do lidera potrafimy odrobić w przeciągu pięciu meczów. Teraz mamy ich piętnaście. Do tego Górnik ma bardzo ciężki kalendarz gier, w przeciwieństwie do nas, bo spośród grona tworzącego czołówkę jedziemy tylko do Kątów Wrocławskich. Droga nie będzie łatwa, bo nawet Ilanka chce namieszać i ma już dogadane tematy z pięcioma zawodnikami o renomie. Dlatego zimę należy przepracować solidnie. Jesteśmy w o tyle w korzystnym położeniu, że współpracujemy z fizjologiem, opieramy się na konkretnych badaniach, korzystamy ze sport-testerów. To ważne. Jak się przyjrzeć, to do końca wytrzymaliśmy, mimo, że była nas garstka. Problem to nie cechy motoryczne. Problem stanowiła jakość gry.

Przyznać trzeba, że letnie transfery w Chrobrym były bardzo wartościowo. Na tym polu zdawał się jednak odstawać Igor Bikanov.
– Byliśmy oczarowani grą Igora w sparingach. Świetnie zagrał w meczu z Wartą Poznań, zdobył bramkę, atakował przeciwników. Potrzebowałem tak agresywnego chłopaka z przodu, przy stałych fragmentach gry. Okazało się jednak, że przy tych fragmentach to obrońcy strzelali, a nie on. Zawodnicy z Ukrainy zazwyczaj cechują się walecznością, a on nagle zrobił się delikatny. Jeszcze nie spotkałem się z piłkarzem takiego typu. Co prawda trzeba przyznać, że i tak jakoś nam pomógł, ale oczekiwania w stosunku do niego były o wiele większe. Jesteśmy już po rozmowie z zarządem. Mamy przyzwolenie na przynajmniej trzech dodatkowych piłkarzy. Dla nas to bardzo dużo.

Zaraz po podpisaniu kontraktu, mówił pan, że chce dać kibicom otwarty i widowiskowy futbol. I rzeczywiście, mecze u siebie raz po razie ogląda się bardzo przyjemnie, co już dawno nie miało miejsca. Ale zespół zdaje się być przede wszystkim tylko tym własnego boiska. Czego zabrakło na wyjazdach?
– Zabrakło nam jakości. W takich ligach jest mało ogranych zawodników. W większości są tacy, którzy nie osiągnęli wyższego poziomu, niż trzecia liga. Przestrzegałem działaczy, aby głośno nie mówić o walce o awans, by na tych chłopakach nie wywierać presji. U siebie, przy tej atmosferze, przy tych kibicach graliśmy odważnie, zawsze trójką napastników i to zdawało egzamin. Nawet przegrany mecz z Motobi mógł ułożyć się inaczej, gdybyśmy wykorzystali to, co mieli na początku. My chcemy stworzyć widowisko, zostawić po nim jak najwięcej przyjemnych odczuć. Dlatego będziemy szukać zawodników z przodu, bo poczynania w obronie, po przyjściu Łukasza Zaremby, unormowały się. Poza tym na barkach defensorów spoczywa za dużo, gdyż nie tyle że bronią, ale jeszcze włączają się do akcji ofensywnych, czego przykładem jest Piotr Błauciak ze swoimi siedmioma bramkami. Brak jakości, o której mówię, tyczy się właśnie przodu. Stworzyliśmy przecież bardzo dużo sytuacji do zdobycia gola, jednak wielokrotnie nie wykorzystanych. Jestem zdania, że gdyby ci piłkarze wykorzystywali to, co sobie stwarzają, to na pewno nie graliby w trzeciej lidze. Wiele okazji zaprzepaścili przecież Konrad Węglarz, Krystian Kowalski czy w ostatnim spotkaniu Michał Bukraba. I dlatego jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Niżej od Górnika Wałbrzych, ale on wygrywał w dość szczęśliwy sposób. Polonia Trzebnica, po meczu z wałbrzyszanami, nawet odwoływała się do PZPN-u, bo sędzia nie uznał jej dwóch bramek. Oglądaliśmy mecz Ilanki z Górnikiem, w którym w końcówce spotkania padła bramka dla Wałbrzycha po rzucie rożnym, którego być nie powinno. Wiosną tyle szczęścia Górnik może już nie mieć. Dlatego jestem pełen optymizmu i widzę sporą szansę na nawiązanie walki z liderem. Temu klubowi, temu miastu, a przede wszystkim tym kibicom należy się coś więcej. Coś więcej, czyli gra z tak uznanymi firmami, jak Zagłębie Sosnowiec czy Zawisza Bydgoszcz. Jeszcze większa sprawa, gdybyśmy otrzymali jupitery. Jestem przekonany, że wówczas zrobiono by atmosferę na miarę samej ekstraklasy. Wierzę, że my, jako grupa sportowa, dorównamy kwestiom organizacyjnym.

Wielokrotnie w wywiadach podkreślał pan dziwną mentalność zastanych w Głogowie piłkarzy. Czy czekała pana aż tak ciężka przeprawa od samego początku?
– Potwornie. Problem mentalny był olbrzymi. Wydaje mi się, że zawodnicy nie czuli potrzeby awansu. Na samym początku doszło do wielkiego zgrzytu. Że za dużo trenujemy, że za duże obciążenia, że trener wymaga… Myślę jednak, że wiele już zrobiliśmy w kierunku poprawy sytuacji. Każdy musi zdać sobie sprawę z tego, że przychodząc do Chrobrego Głogów, grając tutaj, trzeba walczyć o najwyższe cele. Ktoś, kto za tym nie nadąża, musi odpaść. I może tak być, że z kilkoma zawodnikami być może trzeba będzie się rozstać po sezonie. Będzie mi przykro, ale tak już jest, słabsze ogniwa muszą być zastępowane tymi lepszymi.

Z początkiem sezonu mówiło się nawet o jakimś konflikcie na linii pan – część zawodników. Ile było w tym prawdy?
Nie nazywajmy tego konfliktem. Po prostu, nie wszyscy zrozumieli, dlaczego tu są, po co tutaj grają. Ich mentalność była chora. Przez parę ładnych lat nikt od nich nie wymagał wyższych celów, gry o awans. Mając takie możliwości, traktowano piłkę tylko jako dodatek do zarabianych gdzieś tam pieniędzy. Nie mogłem na to pozwolić i m.in. o to poszło. Potraciliśmy przy tym sporo punktów, bo nie wolno ich marnotrawić w takich meczach, jak te z Motobi, w Oleśnicy i Trzebnicy. Nie można w taki sposób tracić bramek, nawet na poziomie juniorskim, a co dopiero na zawodowym. Ja to w ten sposób traktuję: bierzemy porządne pieniądze z tego klubu i musimy porządnie traktować swoje obowiązki. Kto nie potrafi, kto za tym nie nadąża, musi odejść. Piłkarze jednak szybko zrozumieli, co chcemy osiągnąć.

Piłkarze unikali jednak tematu, ograniczając się do stwierdzenia, że pańskie metody szkoleniowe zdecydowanie różnią się od tych, których doświadczali u poprzedników. Skoro temat został już poruszony, to muszę zadać to pytanie – czy uważa się pan za surowego trenera z trudnym charakterem?
– To nie jest kwestia surowości czy katorżniczej pracy. Cała rzecz polega na tym, że my pracujemy jak w ekstraklasie. Nawet na najwyższym poziomie nie wszyscy wiedzą, jak wykorzystać badania wydolnościowe. My to umiemy. Długo pracowałem z fizjologami i jestem solidnie w tych rzeczach przygotowany. Pracujemy więc mądrze i myślę, że o to chodzi. Z kolei jeśli rzecz tyczy się moich cech charakteru, to taki już jestem. Muszę wymagać zawodowstwa. Wymagam go od samego siebie i oczekuję, że piłkarze, a także inni moi współpracownicy będą nadawać na identycznym poziomie. Jestem starszy od zawodników, działaczy, ale mam za to bardzo młode, gorące serce i za mną trzeba nadążyć. To jednak nic nienormalnego. To profesjonalizm, który wprowadzamy do klubu. A jesteśmy na dobrej drodze, bo już wiele rzeczy zostało pchniętych w dobrą stronę.

Z Chrobrym związał się pan na okres kilku lat. Przez te kilka miesięcy poznał pan otoczenie, ludzi, z którymi przyjdzie współpracować, możliwości klubu, jego funkcjonowanie itd. Czy na podstawie tych obserwacji rzeczywiście zanosi się na dłuższy pana pobyt w Chrobrym?
– Dla mnie to było bardzo ważne, że, przychodząc do klubu z niższej ligi, mówimy o dłuższej współpracy. Tak naprawdę nie rozmawialiśmy o awansie, tylko o wdrożeniu pewnych mechanizmów, które zaczną funkcjonować przy mnie w tym klubie. Choćby o młodzieży i klasach piłkarskich. Korzystanie z zawodników z zewnątrz to najdroższy temat. Dlatego mając taką bazę, należy stworzyć warunki do tego, aby ściągnąć do Głogowa najzdolniejszą młodzież z regionu, nawet z województwa lubuskiego. Moi dobrzy koledzy mają świetne kontakty za granicą. Wojciech Zimerman w Szwajcarii, Radek Kałużny w Niemczech czy Andrzej Szarmach we Francji. Jeśli je wykorzystamy, to nasza młodzież może jeździć po całej Europie. A jeśli zacznie konfrontować się z najlepszymi, to sama będzie tą najlepszą. Gra jest warta świeczki. Nawet jeśli trenera Kubota nie będzie już w Głogowie, to przecież te mechanizmy nadal będą funkcjonować. W Zagłębiu budowałem całą strukturę szkolenia młodzieży. Dziś Zagłębie jest mistrzem Polski juniorów i mam ogromną satysfakcję. Tak samo chciałbym, aby było w Głogowie. Coś po sobie zostawić w tym miejscu. Klasa piłkarska to absolutny priorytet i jest jeszcze ważniejsza, niż pierwsza drużyna. Taka klasa powoduje, że w pierwszym zespole przestają trenować ci juniorzy, którzy chcą. Są tylko najzdolniejsi, którzy będą liczyć się w swej kategorii wiekowej, funkcjonować na poziomie kadry Polski. My dziś nie mamy takich chłopaków, ale mieć nie możemy, bo z jakiej racji, skoro ich rówieśnicy trenują dwa razy dziennie? Nawet spory talent nie nadąży za tak intensywnie trenującą osobą. Osobą, która jest zorientowana tylko na piłkę i wiąże z nią swoją przyszłość. U nas młodzież gra w futbol dla zabawy.

Kończąc już, czego spodziewać się po okresie przygotowawczym do rundy wiosennej?
– Kilka sparingów mamy już dogranych. Dwukrotnie spotkamy się z Wartą Poznań i Miedzią Legnica, raz z Górnikiem Polkowice. Nie wiemy jeszcze jak z Zagłębiem Lubin, bo mają trochę większe plany. Inne opcje to Czarni Żagań czy Lechia Zielona Góra. Chcemy zagrać jak najwięcej meczów kontrolnych z wyższą klasą. A co do wzmocnień, jak już wspomniałem, szukamy przede wszystkim napastników, aby mieć większą siłę uderzeniową. Myślę, że gdybyśmy jesienią mieli jednego napastnika z prawdziwego zdarzenia więcej, dziś bylibyśmy tam, gdzie jest Górnik Wałbrzych.