Łukasz Ochmański: wstyd, że czasami się nie strzeli

Łukasz Ochmański trafił do bramki rywala po raz trzeci z rzędu. Tym samym na swoim koncie ma już siedem goli i w stosunkowo krótkim czasie urósł do miana najlepszego strzelca Chrobrego. On sam jednak spogląda na siebie krytycznym okiem.
– Niekiedy koledzy podadzą mi na tacy taką piłkę, że później aż wstyd przyznać, że się jej nie skierowało w światło bramki – wyznaje 26-letni napastnik MZKS-u.

Półmetek sezonu okazał się być dla Was szczęśliwym, bo powróciliście na pozycję lidera. Kamień z serca?
Jeszcze nie, bo walka wciąż trwa. Kamień z serca spadnie, ale gdy skończymy sezon na pierwszym miejscu. Jeden mecz ma 90 minut. My jesteśmy dopiero w jego połowie. Co prawda po 45 minutach prowadzimy, jednak w drugiej części jeszcze wiele może się zdarzyć. Trzeba mieć się na baczności. Naprawdę, nie jest z górki, choć innym wydaje się, że powinno być inaczej. Kilka spędzonych w Głogowie miesięcy nauczyło mnie, że nie ma meczów łatwych. Dla Chrobrego wszystkie są ciężkie, bo obojętnie czy rywalizujemy z kimś z góry tabeli, czy z dolnych rejonów stawki, to każdy spina się na nas ze wszystkich sił. Widać, że wszyscy chcą, chcą i jeszcze raz chcą. W szatni, na stadionie, w mieście. Niekiedy po prostu nam nie wychodzi.

Bronisz tytułu najlepszego strzelca ligi, a tymczasem w tym zestawieniu rywale wyprzedzają Cię o kilka trafień. Dojdziesz jeszcze do głosu?
Ja sam uważam, że nie spełniam pokładanych we mnie oczekiwań. Przecież mam mnóstwo sytuacji bramkowych, a nie potrafię ich wszystkich wykorzystać. Gdyby sztuka ta udała się w większej mierze, dziś miałbym dziesięć trafień. Z napastnikami jednak tak jest, że czasami coś nas blokuje, że się chce, a nie wychodzi.

W Oławie, w barwach którego sięgnąłeś po koronę króla strzelców trzeciej ligi w ubiegłym sezonie, trafianie przychodziło łatwiej?
Ciężko porównać. Oława to mój dom od dziecka i tam nikt nie miał pretensji o dłuższy okres z pustym kontem. Tu oczekiwania są o wiele większe, ale sam sobie jestem winien. Niekiedy koledzy podadzą mi na tacy taką piłkę, że później aż wstyd przyznać, że się jej nie skierowało w światło bramki. Zapowiedziałem przed sezonem, że celuję w 21 goli i słowo podtrzymuję. Będę uparcie dążył do obrony korony króla strzelców, jednak to tylko tak na marginesie. Najważniejszy jest awans.

A propos oczekiwań. Presja ze strony kibiców jest za duża?
To nie do końca tak. Jeżdżący za nami kibice nie dają nam tego odczuć. Co prawda przed kilkoma tygodniami, po słabszym okresie, pojawiło się drobne spięcie, w wyniku którego nie dziękowaliśmy sobie po meczach, ale wszystkie nieporozumienia szybko wyjaśniliśmy. Oni przede wszystkim dają nam dużo wsparcia, dlatego po bramce zawsze staram się podbiec właśnie do fanów. Czasami, z innej części trybun, ktoś krzyknie coś wywierającego nacisk, coś złego, także w moją stronę, ale staram się tym nie przejmować.

Pierwsze miejsce udało się osiągnąć akurat bez zdymisjowanego przed trzema tygodniami trenera Janusza Kubota, a pod wodzą zastępującego go na czas kilku spotkań Jarosława Wielgusa. Doszukiwać się w tym jakiejś teorii?
Nie wiązałbym tego ze zmianą na stanowisku szkoleniowca, bo ta zaskoczyła nas wszystkich. Co prawda chodziły pogłoski o zwolnieniu trenera, ale myśleliśmy, że jeśli to już nastąpi, to nie w trakcie rozgrywek. Osobiście miło wspominam Janusza Kubota. Był dobrym i strasznie ambitnym szkoleniowcem. Niekiedy się denerwował i używał mocnych słów, ale miał prawo. Przecież było kilka spotkań, w których traciliśmy bramki jak nie po własnych błędach, to w wyniku złego ustawienia taktycznego. Niesamowicie ostro trzymał dyscyplinę w szatni, na boisku i poza nim, ale nie był katem, jak się zwykło o nim mówić. Przede wszystkim dał mi wiele do zrozumienia. Z tym, czy z innym trenerem musimy zrobić to samo, czyli przygotować się fest i wiosną dać z siebie wszystko, by znów nie pluć sobie w twarz, jak miało to miejsce w ubiegłym sezonie, gdy tylko jeden punkt dzielił Was od awansu. Nie ma mowy, że będzie łatwiej.