Relacja z wyjazdu do Mołdawii

Z lekkim opóźnieniem spowodowanym reklamą meczu z Górnikiem Wałbrzych, ale wreszcie jest! Przedstawiamy Wam obszerną relację jednego z kibiców Chrobrego, który wybrał się na ostatni mecz reprezentacji Polski w Mołdawii. Ogółem na tym dalekim wyjeździe pojawiło się dwóch fanów ChG. Zapraszamy do ciekawej i wciągającej lektury!

Mołdawia – Polska, Kiszyniów:
Kolejny wyjazd na kadrę stał pod znakiem wielkiej przygody, jako że naszym celem była odlegla Mołdawia. Dla nas wyjazd zaczyna się już w czwartek, gdyż początekk naszej wyprawy miał miejsce w Zabrzu, gdzie gościnnie jedziemy autokarem z fanami Górnika. Z Głogowa ruszamy o godz. 5.11, na miejscu meldujemy się ok. 11. Wyjazd zaplanowano na godz. 12. Jak się okazało, każdy na tak długą podróż był zaopatrzony w niezliczone środki różnego rodzaju napojów rozweselających.

W Katowicach dosiada się Gieksa, a w Dębicy 1 fan Wisłoki. Skład autokaru wyglądał nastepujaco: Górnik 41, Gieksa 10,Wisłoka 1, Olimpia Kowary 1, Chrobry 2. Droga mija dość spokojnie, głównie na rozmowach kibicowskich, jako że łączyły nas mecze rozgrywane w Rybniku. Po dotarciu do granicy, dowiadujemy się, że ekipy z Polski (Tychy, Raków), które dotarły wcześniej czekają już trochę czasu i wiedzieliśmy, że bez dodatkowych opłat się nie obejdzie. Po 1,5 godziny czekania i wręczeniu odpowiedniej kwoty, ruszamy dalej. Jeśli ktoś w Polsce narzeka na stan naszych dróg, to powinien się wybrać na Ukraine i zapewne nosiłby naszego ministra transportu na rękach. Czas się dłużył niemiłosiernie – po drodze nie było żadnych atrakcji.

Jedyną atrakcją podczas podróży był postój we Lwowie, gdzie mieliśmy ok. 2,5 godziny przerwy. Na miejscu spotykamy się z kibicem Karpat Lwów, z którym w kontakcie byli Górnicy. Zabiera nas do knajpki, która byla stylizowana na bunkier, a przy wejściu stał pan z karabinem maszynowym. Tam próujemy miejscowych specyfików, po których zabawa była tak dobra, że na rynku zostają odpalone race oraz achtungi. Po naszych zabawach w centralnych częsciach miasta, dorabiamy się eskorty wojskowej uzbrojonej w Kałasznikowy.

Droga do Kiszyniowa nie obfitowała już w atrakcje i w hotelu meldujemy się po prawie 24h podróży. Dźwięczna nazwa hotelu ,,Cosmos,, zwiastowała prawdziwy pomeczowy odlot. Po wystroju i wyposażeniu, jakie zastaliśmy w pokojach, wnioskowaliśmy, że czas się tutaj zatrzymał…

Na stadion docieramy taksówkami. Większej kontroli na bramkach nie było, a jedynym minusem było oczekiwanie na jakiegoś typka z Polski, który miał przeglądać każdą flagę i stwierdzać czy nadaje się do powieszenia, gdyż miejscowi bali sie rasistowskich haseł.W końcu udaje się wejść i zaczyna się walka, aby powiesić flagę, gdyz nasz sektor był za mały, a flag było dużo, w związku z czym niestety nie udaje się rozłożyć naszej flagi w widocznym miejscu.

Na samym meczu można było wyczuć typowo kibicowską atmosferę. Było bardzo dużo ludzi, którzy wiedzieli, co to znaczy zagraniczny wyjazd. Miejscowa psiarnia była trochę w szoku i za bardzo się spinali. Chyba nie mają często do czynienia z takimi wrażeniami, jakie im serwowaliśmy. Z naszych sektorów usunięci zostają także delikwenci o ciapatych twarzach, tłumacząc im, że to sektor polskich fanatyków.

Podczas hymnu zostaje odpalonych kilkadziesiąt rac, które wraz z achtungami wylądowały na murawie. I tutaj znów widać było nieporadność służb pożarowych, które nie potrafiły sobie poradzić z sytuacją, biegając z gaśnicą śniegową po boisku .Sam doping, mimo dobrego składu, był przeciętny, a w drugiej połowie minimalny. Jedynym faktem wartym odnotowania w drugiej połowie było ponowne odpalenie rac.

Po końcowym gwizdku czekamy jeszcze w sektorze i bez większych przeszkód opuszczamy stadion. Do hotelu mieliśmy jechać taksówkami, lecz nasza liczba była dość duża, więc łapiemy busa, który specjalnie dla nas zmienia rozkład jazdy i zawozi nas pod sam hotel.

Każdy miał inaczej zaplanowany wieczór, więc kibicowska brać bawiła się na różne sposoby. Jedni w hotelowych pokojach, inni w hotelowym holu, a jeszcze inni ruszyli na podbój miasta. Osoby, które bawiły się w pewnym klubie spotykają naszych grajków i w dosadnych słowach tłumaczą im, co myślą o ich grze i postawie na boisku.

W holu spotykamy sportowca, który zdobył srebrny medal w wyciskaniu na klatę. Dla niego jednak wieczór skończył się źle, bo stracił medal i usnął na korytarzu jednego z pięter. Widocznie się przedźwigał.

Podróż powrotna była zaplanowana na wczesne godziny ranne, ale nie każdy się dostosował i wyruszamy około południa. Jeśli ktoś myślał, że to koniec wrażeń to niestety się mylił. Już na starcie strzela nam pasek. W drodze okazuje się, że cieknie chłodnica i trzeba było uzupełniać wodą z pobliskich sadzawek. Kiedy w końcu ruszyliśmy, a kierowca włączył jednocześnie klimę i ogrzewanie, bo silnik się grzał. Każdy opowiadał, co mu się przydarzyło pamiętnej nocy. Niewątpliwym hitem był wkręt jednego z najmłodszych fanów Górnika, że poszukuje go konsul/ambasador w związku tym co działo się u niego w pokoju i musi się zgłosić.

Na granicy już bez większych emocji i dość szybko wjeżdżamy na Ukrainę. Tam salwy śmiechu serwuje nam kibic Gieksy: na jednym z przejść kolejowych najpierw próbuje podnieść rogatki, potem próbuje odpalić średniowieczną koparkę, a na końcu chce porwać krowę, która pasie się niedaleko.

Docieramy do Lwowa i tam mamy 3 godziny czasu wolnego. Jako, że była to sobota, mogliśmy podziwiać piękno Lwowa, który uraczył nas pięknymi kobietami. My oraz dwóch chłopaków z Górnika atakujemy najwyższy punkt we Lwowie, z którego widać było całą panoramę miasta. Tym razem bez eskorty opuszczamy miasto. Dojeżdżamy do naszej granicy bez żadnych przeszkód, zmęczenie dawało znać o sobie, więc każdy już miał gdzieś, ile potrwa kontrola ,która w Polsce była bardzo szczegółowa z wiadomych celów. Na szczęście wszystko było ok i każdy miał normę 😉

Z czasem nasz autobus staje się coraz bardzie pusty, po drodze wysiadają zgody Górnika i w samym Zabrzu meldujemy się około godziny 11. Zmęczeni, ale ze wspomnieniami 4-dniowej wycieczki, ruszamy na dworzec, gdzie pozostało jeszcze tylko dojechać do Głogowa w którym meldujemy się na godz 17.

Podsumowując – wyjazd z wrażeniami, jak i tymi związanymi z kibicowaniem i tymi prywatnymi, które pozostają na całe życie i motywują do dalszych podróży. A więc do zobaczenia na kolejnych egzotycznych wyjazdach.