Marek Zator: przychodząc tu podjąłem ryzyko

Od początku roku Łukasz Zaremba i ściągnięty z Orła Międzyrzecz Marek Zator konkurują ze sobą o miejsce w pierwszym składzie. O ile początkowo mogło komuś się wydawać, że mający kilka dobrych centymetrów mniej Zator tak szybko nie sprosta zadaniu, tak po upływie czasy wybór jednego z tej dwójki nie jest czymś oczywistym.
– Kilka osób przekreślało mnie, właśnie za wzrost, na samym starcie. Teraz sam się z tego śmieję, bo rzeczywiście mogło wyglądać to komicznie. Ja, wtedy 149 centymetrów, i bramka. Byli jednak i tacy, którzy mocno wspierali mnie w tym, co robię – mówi mający dziś 181 centymetrów wzrostu Marek Zator.

Pochodzisz z Trzemeszna Lubuskiego. Powiedz coś o tej miejscowości.
To bardzo mała, bo mająca raptem 600 mieszkańców, ale za to malownicza miejscowość. Większość osób nie wie, gdzie leży. To 20 kilometrów od Międzyrzecza i 45 od Gorzowa. Niektórzy mają nawet problemy z wymówieniem jej nazwy.

Towarzyszy jej pewnie pełen spokój. Lubisz takie wyciszone życie czy wolisz zgoła odmienną scenerię?
Niekiedy lubię spokój, ale na pewno nie monotonię. Lepiej odnajduję się wtedy, gdy coś się dzieje, nawet w momencie nawału pracy. Od tego jednak też czasami trzeba zrobić przerwę, dać sobie chwilę wytchnienia, poukładać wszystkie myśli. Wtedy warto wrócić do spokojnego Trzemeszna.

Tam nadal masz rodzinę?
W zasadzie mieszka tam cała moja rodzina. Przynajmniej raz na dwa tygodnie staram się odwiedzić najbliższych. Szczególnie mamę, która tak mocno tęskni, że aż niemal codziennie dzwoni i wypytuje, jak mi tu jest.

Mieszkanie w takim miejscu wiązało się z jakimiś utrudnieniami, chcąc kopać w piłkę?
Trochę tak. Trzeba było dojeżdżać do klubu w Sulęcinie i do szkoły. Dopiero później, grając w Zielonej Górze czy w Gorzowie, mieszkałem na miejscu w internacie. Wydaje mi się, że to uczy charakteru, pracowitości i zawziętości. Nikogo nie chcę obrażać, ale myślę, że jakiejś części osób z miasta, które mają wszystko podane jak na tacy i nie muszą o coś zabiegać, brakuje przez to waleczności, może pełnego zaangażowania. Ktoś, kto przychodzi z malej miejscowości i nagle otrzymuje szansę, na co wcześniej nie miał możliwości, walczy o jej wykorzystanie w stu procentach.

Ciebie dużo pracy kosztowało, by wyrwać się z malutkiej miejscowości?
W pierwszych klubach nie miałem trenera bramkarzy, więc nie było łatwo. Wydaje mi się, że wiele pracy włożyłem w to, aby znaleźć się tutaj. Niekiedy trudno było połączyć treningi z choćby nauką. Po zajęciach wracało się do domu dopiero o siódmej, ósmej, a jeszcze trzeba było książki otworzyć.

Od zawsze stawałeś między słupkami bramki?
Tylko w szkole podstawowej początkowo grałem na stoperze, bo na tej pozycji ustawiał mnie WF-ista. W czwartej klasie wreszcie stanąłem między słupkami, a od szóstej zacząłem trenować w miejscowym klubie.

Pewnie znaleźliby się trenerzy, którzy skreśliliby Cię za sam, stosunkowo niski jak na bramkarza, wzrost.
Kilka osób przekreślało mnie, właśnie za wzrost, na samym starcie. Teraz sam się z tego śmieję, bo rzeczywiście mogło wyglądać to komicznie. Ja, wtedy 149 centymetrów, i bramka. Byli jednak i tacy, którzy mocno wspierali mnie w tym, co robię. Przecież są w światku piłkarskim bramkarze, których metryka nie zaczyna się od 190 centymetrów wzrostu. Gdyby było inaczej, pewnie sam dałbym sobie spokój, a tak widać, że nie wzrost jest najważniejszy. Jeśli bramkarz nie jest rosły, musi być szybki, zwinny, dobrze, a nawet bardzo dobrze wyszkolony technicznie, a czasami zabłysnąć jakimś niekonwencjonalnym zagraniem. Staram się więc zamienić mój wzrost na któryś z tych elementów, dlatego je doskonalę.

Dość szybko zostałeś przechwycony najpierw przez szkółkę z Zielonej Góry, a później przez Stilon Gorzów. Jak z perspektywy czasu oceniasz przygodę w Gorzowie?
To miłe wspomnienia. Przez pierwsze pół roku grałem i trenowałem tylko w juniorach. Po tym czasie przesunięto mnie do pierwszego zespołu, dzięki czemu spotkałem się z, można powiedzieć, naprawdę profesjonalną piłką. Nie grałem, ale i tak nabrałem doświadczenia, wiele obycia w wysokiej lidze. Z perspektywy czasu pobyt w Gorzowie bardzo sobie cenię. Był dla mnie owocny.

Mimo, że nie dane było Ci wystąpić w pierwszej drużynie, zasmakowanie samej otoczki pierwszej ligi to już coś?
Dla takiego chłopaka, jak ja, pochodzącego z małej wioski, sam fakt dotarcia na ławkę rezerwowych w pierwszej drużynie był dużym osiągnięciem. To było naprawdę wielkie przeżycie, od którego ambicje wzrosły. Wtedy, po zakończeniu szkoły średniej wiedziałem, że muszę zmienić klub na taki, który umożliwiałby regularne występy. Z pomocą przyszedł Orzeł Międzyrzecz.

Był w Gorzowie taki moment, w którym wyjście na boisko miałeś jak na wyciągnięcie ręki?
Obiektywnie spoglądając na całą sytuację, myślę, że realna na to szansa nie istniała bo moi konkurenci byli wysokiej klasy. Może udałoby się jedynie w przypadku kontuzji kolegi, ale przecież nie o to chodzi. Nie mogę więc mieć do nikogo pretensji.

Na Orła Międzyrzecz zdecydowałeś się przez brak występów w Stilonie?
Kończyło mi się wypożyczenie do Stilonu ze Znicza Trzemeszno. Jakoś nikt nie garnął się do rozmów o przedłużenie umowy. Ani zarząd, ani ja, bo wiedziałem, że będę skazany na ławkę. Wtedy Orzeł przedstawił najkorzystniejszą ofertę. Poza tym to jedyny trzecioligowy klub z mojego regionu. Tam nie miałem trenera bramkarzy, ale samą grę wiele zyskałem.

W końcu zawędrowałeś do Głogowa. Przyjściu tutaj towarzyszyły jakieś obawy?
W Głogowie znałem jedynie kilka osób, a każdej zmianie w życiu towarzyszą pewne obawy. Poza nimi, czułem jednak pewien dreszczyk emocji. Takich bardziej pozytywnych emocji, bo w końcu Chrobry jest liderem ligi, kadra trenerska drużyny w znaczny sposób może rzutować na rozwój piłkarski, no i jeszcze możliwość korzystania ze świetnej bazy treningowej.

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy Łukasz Zaremba był zdecydowanym nr 1, więc czy nie myślałeś, że trochę ryzykujesz i znów możesz usiąść na ławie?
Kto nie ryzykuje, ten nic nie ma. W życiu trzeba stawiać sobie coraz to wyższe cele. Wraz z przyjściem do Chrobrego, taki przed sobą postawiłem. Nie można stać w miejscu. Chcąc się rozwijać, należy podejmować ryzyko. Ja je podjąłem. Czy słusznie, czas pokaże.

Zdarzyło Ci się kiedyś ostro rywalizować o miejsce w składzie z którymś rywalem?
W Gorzowie była taka rywalizacja. Najpierw na etapie juniorskim, później w seniorach, o których wspomniałem wcześniej. W obu przypadkach trzeba było dawać z siebie wszystko. W Zielonej Górze też, bo tam konkurowałem z trójką innych bramkarzy.

Ponoć już kiedyś miałeś do czynienia z trenerem Ireneuszem Mamrotem.
W okresie letnim przebywałem w Polonii Trzebnica, biorąc udział w dwóch treningach. We Wrocławiu chciałem podjąć studia, dlatego poszukiwałem klubu w najbliższym otoczeniu miasta. Z Polonią jednak nie udało się dojść do porozumienia.

A szkołę znalazłeś?
Tak, obecnie studiuję AWF w Gorzowie, ale staram się o przeniesienie do Leszna. To blisko Głogowa, więc nie kolidowałoby mocno z treningami w Chrobrym.

Myślisz, że swoją postawą w dotychczasowych meczach sparingowych przybliżyłeś się do występów ligowych?
Swoje zrobiłem, ale po części. W stu procentach nie jestem zadowolony ze swoich występów. Zawsze może być lepiej. Decyzja należy do trenera, a póki co karty jeszcze nie zostały przez niego odkryte.