Zabrakło kropki nad „i”

Kolejka 25 – 12.05.2007

1:1
Chrobry Głogów 1:1 (1:0) Dozamet NS

1:0 Szuszkiewicz 42′
1:1 Walter 90 + 3′

Chrobry: Cuper – Papuszka, Herbuś, Sybis, Nitkiewicz – Kwiatkowski, Milkowski ( 75′ Węglarz), Rola ( 63′ Plewko), Soboń ( 83′ Trznadel) – Druciak ( 73′ Pieniążek), Szuszkiewicz

Żółte kartki (Chrobry): Milkowski, Węglarz, Druciak, Plewko

Czerwone kartki:

Sędzia: Jarosław Rynkiewicz (Szczecin)

Widzów: 500 (gości 0 – zakaz)

Kolejka 25 – 12.05.2007

1:1

Chrobry Głogów 1:1 (1:0) Dozamet NS

1:0 Szuszkiewicz 42′
1:1 Walter 90 + 3′

Chrobry: Cuper – Papuszka, Herbuś, Sybis, Nitkiewicz – Kwiatkowski, Milkowski ( 75′ Węglarz), Rola ( 63′ Plewko), Soboń ( 83′ Trznadel) – Druciak ( 73′ Pieniążek), Szuszkiewicz

Żółte kartki (Chrobry): Milkowski, Węglarz, Druciak, Plewko

Czerwone kartki:

Sędzia: Jarosław Rynkiewicz (Szczecin)

Widzów: 500 (gości 0 – zakaz)

Piłkarze Chrobrego po raz kolejny przystąpili do meczu bardzo zmotywowani. Chyba bardziej niż bardzo, co pokazały przede wszystkim pierwsze minuty spotkania i sytuacje przed początkiem każdej z części gry. Zebrani w kręgu długo ze sobą rozmawiali, wieńcząc całość donośnym okrzykiem. Niestety, tym razem ambicja i wola walki nie wystarczyły… Żadna ze stron na remis nie zasłużyła. Dozamet, bo nie pokazał nic wielkiego. W zasadzie to nie pokazał nawet czegoś, co pozwoliłoby dać im przynajmniej przyzwoitą ocenę. Chrobry, ponieważ miał momentami zdecydowaną przewagę, która przełożyła się na kilka w zasadzie 100-porcentowych okazji, ale niestety nie wszystkie zostały odpowiednio udokumentowane. To się ostatecznie zemściło.

Ze sporym animuszem rozpoczęli pierwsze 45 minut głogowianie. Konstruowane raz po raz ataki systematycznie doprowadzały „pomarańczowo-czarnych” pod pole karne rywala. Brzydkie zachowanie przeciwnika przed jego linią dało nam stałe fragmenty gry. W 5. minucie z wolnego uderzył Soboń, a mokra od padającego wcześniej deszczu piłka sprawiła spore problemy Smółce. Smółce, który zresztą nie wydawał się pewnym punktem Dozametu. Golkiper nowosolan nie zdołał złapać futbolówki, do niej momentalnie podbiegł Druciak, jednak z ostrego kąta strzelił w boczną siatkę. Po 60 sekundach kolejny rzut wolny dla gospodarzy. Tym razem z narożnika pola karnego, tym razem egzekwowany przez Kwiatkowskiego, który przymierzył co prawda mocno, lecz prosto w Smółkę. Po kolejnej chwili Druciak ślizgiem nie sięga dobrze dogranej „gały” i ta znajduje się po stronie przyjezdnych. Z kolei w 27. minucie powinno być przynajmniej 1:0 dla Chrobrego. Dwie „sety” zaprzepaścił Milkowski, któremu pozostało tylko złapać się za głowę. W pierwszej okazji wbiegł w pole karne, zakręcił defensorami z Nowej Soli i strzelił w długi róg, jednak klasę pokazał bramkarz, dosłownie końcówkami palców zażegnując niebezpieczeństwo. Nie minęła nawet minuta, a „Milka” ponownie wyszedł naprzeciw Smółce, by w sytuacji „sam na sam” z broniącym niegdyś barw MZKS-u uderzyć tuż obok słupka. W 42. minucie to, co zmarnowali inni, pewnie wykorzystał Szuszkiewicz. Zostawiając w tyle obrońców przyjezdnych, ślizgiem, lekko, tuż przy interweniującym bramkarzu Dozametu posłał piłkę do siatki. Wielka radość na boisku, ogromna ulga na trybunach…

Druga odsłona to już nie tak przygniatająca momentami przewaga głogowian. O ile w I połowie Dozamet nie potrafił zagrozić stojącemu między słupkami Cuperowi, o tyle teraz z każdą minutą robiło się co raz niebezpieczniej, co raz nie pewniej, co raz bardziej nerwowo. Do ostatniej wymienionej kwestii co prawda zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale do tego, że nasi piłkarze nie będą w stanie dotrzymać do końca korzystnego wyniku – już nie. Wyrównana gra przerodziła się ostatecznie w minimalną, ale jednak przewagę gości. Co było tego przyczyną? Trudno powiedzieć. W każdym razie po naszej stronie obserwowaliśmy sporo nerwowości, co owocowało zupełnie niepotrzebnymi stratami, by ostatecznie w końcowych minutach pozwolić na zbyt wiele zdesperowanym podopiecznym Drożdża. W 61. minucie przyjezdni wykonywali rzut różny, Cuper minął się z futbolówką, dzięki czemu przed doskonałą wręcz szansą stanął Kosztowniak. Przymierzył tyle samo mocno, co niecelnie. Kolejny niepokojący sygnał to uderzenie jednego z rywali z pola karnego. Uderzenie, które jednak przeszło ponad poprzeczką. Na kwadrans przed końcem dobrą, prostopadłą piłą uruchomiony został rosły, były napastnik Śląska, lecz strzelając obok słupka w sytuacji praktycznie „oko w oko” z Cuperem pokazał, że do formy sprzed kilku lat naprawdę mu daleko. Po chwili odpowiedzieć zdołał egzekwujący rzut wolny z ok. 30 metrów Kwiatkowski. Smółka wybija poza linię końcową… Ostatnie minuty to jeden wielki chaos. Kontrataki głogowian przynosiły niewiele, ale i Dozamet ośmieszał się wykańczaniem swoich akcji, nie raz i nie dwa posyłając „gałę” Panu Bogu w okno. Na 5 minut przed kończącym zawody gwizdkiem arbitra zamieszanie w naszym polu karnym, polu, należy dodać, obleganym przed graczy obu „jedenastek”, ale w porę interweniują obrońcy Chrobrego, wybijając futbolówkę w zasadzie sprzed samej linii bramkowej. Gra jeszcze bardziej się zaostrza, głównie za sprawą przyjezdnych, którzy zdawali się zapominać o rywalizacji określanej mianem fair play. Aż dziwne, że rzadko kiedy oglądali żółty kartonik, ale do pracy sędziego jeszcze wrócimy. Ten dolicza 4 minuty. Niepewność sięga zenitu i kiedy już wydaje się, że jednak będzie dobrze, że zawodnicy MZKS-u dotrwają, to… Chcielibyśmy przemilczeć, ale z przymusu odnotować po prostu musimy. Desperacka wrzuta w nasze pole karne, tam futbolówkę przejmuje Walter, jeszcze udaje mu się lepiej ustawić do oddania strzału (choć nie wiemy jakim cudem w takim! zamieszaniu…), niezwykle silne uderzenie pod poprzeczkę… bramka. Jak zawsze, tak i dziś pewny siebie Cuper bez najmniejszych szans. Chociaż do końca pozostawała zaledwie minuta, nasi decydowali się jeszcze na jakieś zrywy w myśl zasady „a nuż się uda”. Trznadel fatalnie przestrzela, co idealnie obrazuje mocno podcięte skrzydła „pomarańczowo-czarnych”, i finisz… Finisz nieszczęśliwy, pozostawiający spory niedosyt i chyba jednak pewnego rodzaju ból…

Reasumując – w przeciągu całych 90 minut przewaga głogowian. Zwłaszcza w pierwszej części, po zakończeniu której w zasadzie powinno być po meczu. Drugie 45 minut wyrównane, jednak więcej z gry mieli nowosolanie. To oni częściej zagrażali bramce Cupera, aniżeli my Smółce. Wielkiego futbolu nie pokazali, niekiedy ich poczynania były adekwatne do zajmowanego w tabeli miejsca, ale jednak potrafili wyrównać. Desperacko, lecz to tylko pokazuje, że ani myślą żegnać się z III ligą. I chyba tylko tym mogą cokolwiek zdziałać, bowiem gra Dozametu to nawet nie poziom tego szczebla rozgrywkowego. Nie mamy tutaj zamiaru nikogo obrażać, stwierdzamy po prostu fakty, o których chyba sami dobrze wiedzą. O co można mieć pretensje do Chrobrego? Walka i chęć zwycięstwa była, tego w żadnym wypadku odmówić im nie można, ale w II połowie na zbyt wiele pozwolili przyjezdnym. Gdyby nie te starty… Trudno. Zagraliśmy przecież bez kontuzjowanych Zygiera, Puchalskiego i Smolina w obronie. Tak bywa. Należy zapomnieć o tej feralnej sobocie i podążać dalej. Piłkarze swoje zadanie znają, my także, ale jeszcze je przypomnimy – W SOBOTĘ WSZYSCY DO ZIELONEJ GÓRY! POMARAŃCZOWA INWAZJA!!!

Zgodnie z obietnicą słów kilka na temat sędziów, czyli tej gorszej strony sportowego widowiska. Spalone odgwizdywali raz po raz, nie dość, że czasami w mocno kontrowersyjnych okolicznościach, to czynili to na dobre 5, 10 sekund po podaniu, co jest kompletnym nieporozumieniem. W sobotnie popołudnie oglądaliśmy sporo fauli, zwłaszcza po stronie nowosolan. Już na początku meczu wychodzącego na czystą pozycję piłkarza Chrobrego zatrzymał poprzez chwyt za koszulkę jeden z przyjezdnych. Rzut wolny co prawda otrzymaliśmy, ale kara dla zawodnika gości to… brak komentarza z naszej strony. W innych sytuacjach także zdawał się zapominać, że w kieszeni dysponuje karteczkami, przez co dawał jasny sygnał, że mogą robić co im się tylko rzewnie podoba. Winy za taki, a nie inny rezultat zwalać na nich nie zamierzamy, ale postawy konkretne pytanie – panowie, z czym cholera do ludzi?

Do szatni, kulejąc, schodził Radosław Druciak. Miejmy nadzieję, że to nic poważnego, bo w przeciwnym razie… Może lepiej nie kończmy.